UZDROWIENIA

UZDROWIENIA -  OSOBISTE RELACJE

 

 

 

Tylko 3 tygodnie temu ta Kobieta przyjechała do Jana od Boga na wózku inwalidzkim, była sparaliżowana po wypadku samochodowym i według opinii lekarzy nigdy nie miała już chodzić, a tymczasem wstała z wózka po swojej pierwszej operacji tutaj..tak właśnie dziękujowała  Janowi od Boga za uzdrowienie w dniu Jego Urodzin!  ..Miriam Lundgren/ byłam naocznym świadkiem tego wydarzenia

CUDOWNE UZDROWIENIE w CASA de DOM INACIO w mojej grupie!
właśnie tydzień temu miał operację duchową jeden z uczestników mojej grupy u Jana od Boga. Na pierwsze spotkanie z nim wiozła go żona na wózku inwalidzkim..rak prostaty zaczął atakować i inne organy, do tego cierpiał jeszcze na białaczkę. ... Po odbytej operacji i 2 – dniowej kwarantannie w swoim hotelowym pokoju, kiedy po raz pierwszy miał iść do Casy, okazało się że potrzebuje tylko laski, poczuł się rześki i prawie nie miał bólu..Za dwa dni odstawił laskę..i dziwił się sam , że przesypia noce bezboleśnie..
Dzisiaj meiliśmy iść do kontroli z nim - taka kontrol odbywa się w tydzień po odbytej operacji - i kiedy tłumacz powtórzył Janowi od Boga, że ten mężczyzna przyjechał tutaj na wózku inwalidzkim a teraz chodzi..Jan od Boga spojrzał z uśmiechem..nagle zawachał się..a potem jak strzała wstał ze swego fotela..wziął mężczyznę za rąkę i zabarał do pokoju błogosłwieństw - tak się tutaj nazywa pokój w którym dokonuje się operacji...Czekałam z bijącym sercem,podobnie jak wszyscy woluntariusze..po chwili Jan wprowadził na nowo uszczęśliwionego mężczyznę..i wobec wszystkich zdumionych twarzy oświadczył - "ten mój Syn jest już zdrowy"..i zwrócił się do mnie - " możesz go zabrać do domu Miriam"...dużo łez radości..dużo łez szczęścia i dziękczynności i wdzięczności serc..Nie do opisania słowami jest ta "cudowna rzeczywistość", dla której odtworzenia brakuje ludzkich słów..bo nie ma takich pojęć..i nie ma takich odnośników w realiach , w których żyjemy..Módlmy się za Tego oddanego swej misji człowieka, który dniami i - nocami też - odradza naszą ludzkość...Miriam Lundgren/ zarówno osoba jak i jej dane są mi znane osobiście
 

Właśnie jakoś rok temu, kiedy byłam u Jana od Boga, podeszła do mnie  młoda kobieta - o imieniu Petra - z Niemiec i pełna niepewności zapytała mnie – czy ja naprawdę wierzę, że Jan od Boga może ją uzdrowić z raka, który zawładnął jej ciałem – i lęku przed śmiercią - na którą czekała - który już paraliżował jej życie?..
Oczywiście – odparłam bez cienia wątpliwości...Prowadziłyśmy potem jeszcz długie rozmowy – tamtego lata pozostałam w tym raju na ziemi na całe 3 miesiące - jak należy dopomóc sobie, by otworzyć się na proces uzdrawiania, jak uwolnić od „starych śmieci” - negatywności, złości, nienawiści, zatwardziełej goryczy czy niskiej samooceny., Jak wzmocnić swoją wiarę i ufność w zachodzące tutaj procesy..Miewała potem dni trudniejsze i lepsze, ale godziła się na proces zalecany przez Jana od Boga / Istoty świetliste..
Potem wyjechała..i przed paroma dniami dostałam od niej wiadomość – była w klinice w Niemczech iiiiiiii....otrzymała barzdo pozytywną odpowiedź / rezultat.
Taką wiadomość w oryginale włażnie wtedy od Niej dostałam: "Hi Miriam,
I'm in Germany, need to organize some things and was in the hospital aaaaaaand: I received very good results!!! The Entities helped me so much and I'm so grateful!" 
Jan od Boga / Istoty świetliste rzeczywiście uzdrowiły ją, Kobietę przygotowaną na śmierć!..Zamierza teraz wrócić i podziękować za CUD uzdrowienia i nową jakość życia! Już tyle tam zdołałam zobaczyć i doświadczyć i mogę tylko dodać, że nie do opisania słowami jest ta "cudowna rzeczywistość", dla której odtworzenia brakuje ludzkich słów..bo nie ma takich pojęć..i nie ma takich odnośników w realiach , w których żyjemy..Miriam Lundgren / osoba i jej dane są mi znane osobiście
 
"Tak bylem tam .. było wspaniale .. coś czego niedoswiadczylem nigdzie ..coś co pozwala wierzyć w.ludzką miłość I miłość do Boga " ..Piotr H.
 
Historia Jurka - ( ta sama historia znajduje się w książce " Jan od Boga. Posłany, by uzdrawiać" ) 
Jana od Boga poznałem “zaocznie”, gdy umierając na raka zgodziłem się poprosić go o pomoc. Będąc w tak złym stanie, że jak to mówią, trudno żeby miało być gorzej, z diagnozą raka, potwierdzoną przez czterech różnych lekarzy, którzy dawali mi rok życia w bólu, rak wątroby, mocno złośliwy,  z przerzutami do otrzewnej jelit, sytuacja nie do opanowania. Gdybym się wcześniej zgłosił …  
Przecież zgłaszałem się, ale nie wykonano potrzebnych badań, a teraz było za póżno na naświetlanie, wycinanie, na cokolwiek. Po wzięciu próbek i wychodowaniu ich, by poznać ich właściwości w - okazało się że ten typ raka jest nieuleczalny. Zaproponowano mi chemio-terapię, bo choć nie da się tego wyleczyć, była jednak szansa na spowolnienie szybkości rozprzestrzeniania się komórek rakowych. Wówczas mógłbym, biorąc regularnie chemię i środki przeciwbólowe, przedłużyć życie do maximum trzech lat. 
Życie. 
Czy można mówić, że to życie, kiedy bierzesz najmocniejsze trucizny,by uśmierzyć ból?
Kiedy jesteś zatruwany co dwa tygodnie na nowo, z przerwą tylko na to, by nie zatruć cię od razu? 
Kiedy półprzytomny od łagodzącej ból morfiny, zasypiasz na toalecie, po to, by obudzić się na następne siku i zanim je skończysz zasypiasz dalej. 
Kiedy wydobycie z siebie głosu jest zbyt wielkim wysiłkiem i walczysz o to, by oddychając jedynie jak najpłycej, zaspokoić potrzeby tlenowe. Każdy normalny oddech oznaczał straszny ból, którego nawet końskie dawki morfiny nie były w stanie stłumić.
Miałem wewnątrz torsu wodę wokół wielu organów. 
Naprawdę było niedobrze i coraz częściej wkradała mi się myśl, że wolę umrzeć niż tak żyć. Czarny pas w Karatedo Doshinkan, z tytułem Shihan 8-Dan, czyli podobno ktoś, kto nie tak łatwo się poddaje, zaczynałem coraz częściej myśleć, że nic innego już mi nie pozostaje, tylko ból, ból, i męki.
Przyjaciele i znajomi nie dawali mi spokoju. Mieli tysiące rad.
Żądali, wymagali, uświadamiali. 
Niki Zeininger z Wiednia zapytała mnie “ Co ty chcesz? Chcesz umrzeć czy żyć ? ” 
Ocuciło mnie to na tyle, że i ja postanowiłem walczyć.
Niki i jego żona Elizabet, z Wiednia, oboje doktorzy, z około 40 letnim stażem. Oboje zainteresowani alternatywną medycyną. Elizabet zaproponowała mi, że, jeśli się zgodzę, to poprosi pewnego uzdrowiciela o pomoc, powiedziała mi jego jakieś dziwne imię i nazwisko, których nie mogłem zapamiętać. Powiedziała, że bez mojej zgody nie mogła dla mnie prosić.
Tak akurat się składało, że ów uzdrawiacz był w Austri, by uzdrawiać ludzi i ona miała go spotkać. Z tego co wiedziała potrafił on pomagać na dystans. Miało tam być trzy tysiące osób dziennie. Ja jednak przedtem o niczym takim nie słyszałem i wydawało mi się to hohsztaplerką. Znałem Elizabet jako poważną doktor, trzy tysiące austriaków też było argumentem, nie wydaje mi się żeby łatwowierność była ich narodową cechą. No i mój stan, w jakim sie aktualnie znajdowałem. Wszystko wymagało ciut zastanowienia.
Co miałem do stracenia? Moją duszę?
Szansę, jako dało mi przyjście na świat, zmarnowałem jak najwyraźniej, znajdując się teraz na skraju drogi, jedną nogą w grobie i bez szans na wyzdrowienie. Żeby mi tak dali jeszcze jedną szansę, tym razem nie zmarnował bym jej już więcej i nie tracił czasu, ale zaczął starać się robić dobro i pomagać innym. Matka Teresa zawsze mi imponowała, ale zawsze miałem jakąś wymówkę by nie żyć tak jak ona. Czy Święty Franciszek z Asyżu. Czy wielu buddyjskich mistrzów. Zawsze się potrafiłem usprawiedliwić i wytłumaczyć i odłożyć to przynajmniej jeszcze na chwilę póżniej.
Tym razem jednak, myślałem zdecydowany, gdybym dostał szansę, tym razem jednak, zacząłbym faktycznie życ inaczej i być innym. Lepszym.
Uważałem, leżąc na łożu śmierci, że całe moje życie było jednym pasmem powodzeń i rozpusty. Jakbym zawsze jeszcze nieco póżniej mógł zająć się tym co najważniejsze.
Teraz, gdy mój czas się skończył, widziałem to nagle ostro i wyrażnie. Nareszcie widziałem jaką iluzją żyłem i jak sobie ciągle pobłażałem.
Zawsze kierowało mną coś dla mnie niepojętego, moje wybory zaś porównałbym do wyborów ślepego, który słyszał o kolorach i ma właśnie wybrać kolor do pomalowania swojego domu. Moje wybory i moja wolna wola nigdy nie należały do mnie, zawsze było mnóstwo czynników, które mnie ograniczały.
Zbierałem mnóstwo wspaniałach dóbr, by przybliżyć dzień, w którym sięgnę po wolność, ale nie mogłem po nią sięgnąć, bo obie ręce miałem w pełni zajęte trzymaniem tego co uzbierałem, co takie było cenne.
Teraz gdy przyszła chwila powagi i czułem że śmierć jest bliska, nie mogłem się dalej oszukiwać. 
Widziałem wyraźnie jak egoistycznie i płytko żyłem. 
Jeśli miałbym jeszcze pożyć, jeśli Bóg jednak istnieje i sprawiłby cud dając mi jeszcze jedną szansę, chciałbym wreszcie zacząć żyć tak, jak wiem, że ten prawdziwy ja powinien.
Dla dobra wszystkich, dla inych. Nie tylko dla siebie. 
Elizabet przez telefon pytała, czy zgadzam się, by zwrócić się do João o pomoc.
Czy miałem tak właściwie cokolwiek do stracenia ?
Czy raczej miałem wszystko do wygrania, a do stracenia kompletnie nic ?
Na dodatek wszystkiego, nic to nie kosztowało, ani nie wymagało ode mnie żadnego wysiłku.
Miałem jedynie zastosować się do ewentualnych porad uzdrowiciela i jeśli by mnie operował na dystans, miałem spać przez tydzień w białej pościeli i przebywać jak najwięcej w łóżku, jak najwięcej się modląc. Zgodziłem się.
W danym dniu poczułem się słaby. Zmęczony. Faktycznie prawie nie wychodziłem z łóżka. Po tygodniu stwierdziłem wyraźną poprawę. Właściwie poprawę zauważyłem już pierwszej nocy, ale nie mogłem w to uwierzyć, bałem się, że mi się tylko wydaje.
Jednak po tygodniu rzeczywiście mogłem lepiej oddychać i nawet naciskać swój brzuch, na którym wcześniej nie mogłem nawet ręki oprzeć, czasem sam koc był zbyt ciężki, bym mógł się przykryć.
Jednocześnie nadszedł długo oczekiwany termin, by w szpitalu mechanicznie usunąć wodę. Mieli mi zrobić otwór i rurką przez parę godzin, woda powinna była spłynąc, nie wszystka, ale miało to znacznie zmniejszyć ból przy oddychaniu.
Szedłem na zabieg, oddychając coraz głębiej, i myślałem, że chyba mam mniej, tej tak bolesnej, wody. Mogłem prawie normalnie oddychać!!!
Przed zabiegiem postanowiono przyjrzeć się dokładniej gdzie w danej chwili jest najwięcej wody i specjalista od USG zaczął mi jeżdzić po brzuchu sondą. Naciskał mocno i długo i aż sie zasapał, trwało to dwukrotnie dłużej niż normalnie, aż w końcu skonfundowany wyznał, że nie może znależć żadnej wody. Powiększając jego zdumienie wcale się na niego nie obraziłem, lecz radośnie podziękowałem , zapewniając go, że faktycznie i ja sam, też czuję się znacznie lepiej.
Na następny tydzień miałem wyznaczony termin na pierwszą chemię i choć czułem się lepiej, daleko mi było od normalności. 
Bojąc się stracić kolejkę i wypaść z systemu, brałem chemię, robiąc wszystko, by na mnie nie zadziałała.
Między innymi piłem wielkie ilości wody, dobrej wody, 4-5 litry dziennie. Sam ją uszlachetniałem, modląc się do niej, jak radził Maseru Emoto, zagotowawszy studziłem i zamrażałem, po rozmrożeniu piłem, mieszając z ciutką specjalnej wody z Abadiania, miejsca, gdzie uzdrowiciel ma swój dom. Specjalnej, bo pobłogosławionej przez Istoty Światła.
Po 8 chemiach poprosiłem o przerwę, gdyż czułem, że jeśli ktoś lub coś mnie usiłuje wyleczyć, to chemie temu przeszkadzają, niepotrzebnie obciążając tylko mój organizm i utrudniając mi powrót do zdrowia.
Samodzielnie zacząłem zmniejszać dawkę morfiny, szokując co niektórych z mych doktorów, u jednego zobaczyłem coś w rodzaju podejrzenia na twarzy, patrzył na mnie, jakbym postradał zmysły.
Jedynie moja pani doktor pogratulowała mi, szczerze ucieszywszy się moją poprawą. Ale też nie uwierzyła, że faktycznie wyzdrowiałem. Nie potrafiła wytłumaczyć, jak to się stało, że wyzdrowiałem - wbrew temu co mówiła wcześniej - jednak przypisała moje ozdrowienie, mojemu nadzwyczaj pozytywnemu zareagowaniu na chemioterapię. 
Po półtora miesiącu udało mi się zacząć powoli trenować.
Rozkoszowałem się powrotem do życia.
Nastepne badanie tomograficzne stwierdziło, że wszystkie rakowe carcynomen - coś jakby krosty wewnątrz ciała - zniknęły, zostały po nich ślady, ale raka już nie było. 
Jak to było możliwe? Nie uwierzyłbym gdyby nie przytrafiło mi się to mnie samemu. Pomyłka też była wykluczona. Rak nieuleczalny i wyrok śmierci, ja zaś w 3 i pół miesiąca póżniej na trening, jak gdyby nigdy nic? Pamiętałem też, jak się czułem, gdy, całkiem niedawno temu, byłem bardzo chory.
Postanowiłem pojechać do uzdrowiciela, by się przyjrzeć z bliska. Jak było to wszystko możliwe? Daleko, bo aż do Brazylii, ale co to dla mnie?
Wylądowawszy w Brazylia, stolicy Brazylii, wraz z resztą zorganizowanej, 10 osobowej grupy chorych z Austri i Niemczech, zakwaterowany zostałem na Ranchu Oaza Światła, należącym do Nishavdy, jednej z przewodniczek wolontariuszy, od kilku dziesięcioleci pracującej dla Casa de Dom Inacio de Layola, czyli Domu Świętego Ignacego de Layola.
Atmosfera w Casa była, ponad wszystko chyba, najważniejsza. Codziennie widziałem setki, a trzy razy w tygodniu - w dni gdy przyjmował medium João de Deus - nawet i tysiące ludzi, chorych, obolałych, przestraszonych, zatroskanych, ludzi których twarze odmieniały się i wielu doznawało prawie natychmiastowej przemiany. Ulgi. Wiary.
Ludzie chorzy i obolali, ale uśmiechnięci i mili dla innych. No i dziesiatki woluntariuszy, pomagających w Casa. 
Białe stroje, uśmiechnięte twarze, skupiona na duchowości, skromna i przyjazna atmosfera, wszystko to przypominało mi bardzo mój trzeci w życiu główny nurt wydatkowania mojej energi, mianowicie Karatedo Doshinkan. Czułem się tak jakbym nareszcie trafił do domu i chciał tu zostać na dłużej.
Gdy tam przybyłem, miałem jeszcze ostre kłócie w piersi, jakby ktoś wbijał mi cienki sztylet pod dolne prawe żebro, za każdym razem gdy się nadymałem lub potrzebowałem mocniej odkaszlnąć. 
Ból ten zniknął z sekundy na sekundę, gdy pierwszy raz wchodziłem do wnętrza Casa, do pokoju strumienia. Zniknął a ja nadymałem się jak jakiś człowiek żaba, nadymałem i nawet naciskałem, szukając tego kłócia, do którego zdążyłem się już dość mocno przyzwyczaić, przez dwa miesiące lepszego samopoczucia. Nadymałem się, nie mogąc go odnależć i nie mogąc uwierzyć, że zniknął ot tak i bez niczego, starałem się więc jeszcze dopchnąć ciut więcej i więcej pwietrza. Było to niemożliwe, ale ból zniknął. Przedefilowałem przez sale, dotknąłem szcześliwy ręki Jana od Boga, sprawiał wrażenie dobrego i bardzo przyjaznego człowieka, czułem w nim też niesłychaną siłę, kogoś komu można ufać, i czułem,jakby miłość do ludzi, w jego oczach. Trudno to wyjaśnić, ale tak właśnie bym to scharakteryzował. Głos miał ciepły i mocny, pewny. Jak kochającego ojca, troszczącego się o swe dziecko. Tysiące ludzi, którzy tego dnia przyjechali, przechodzili w niekończacej się kolejce, a on wszystkim w jakiś sposób był w stanie pomóc.
Niektórych zatrzymywał na dłużej, czyli parę minut, ale rzadko. I każdy był najwyrażniej poruszony i jakoś odmieniony po spotkaniu z Janem. - Jurek 
 
 
Witam Cię Miriam serdecznie, 
Ani przez chwilę nie zapomniałam o danej Ci obietnicy, nie zapomniałam też  o Janie od Boga, powiem więcej, od czasu powrotu do domu myślami i uczuciami wciąż jestem w Casa i tęsknię do chwil  tam przeżytych, z Istotami Świetlistymi czułam się jak w domu, teraz doskonale rozumiem, co znaczą słowa, które Dorothy wypowiada przed medytacją u Jana od Boga. Kupiłam w Casa dwie płytki z muzyką do medytacji i  to był mój najlepszy zakup. Spędzam przy tej muzyce każdą wolną chwilę, zamykam oczy, przenoszę się do Current i czuję tę cudną atmosferę  Pokoju Strumienia nasyconą  wibracjami Boga. 
Od powrotu od Jana, żyję coraz bardziej świadomie, obserwuję siebie, spostrzegam wszystkie zmiany w moich reakcjach na świat i pozwalam, aby wszystko działo się samo w pełnym poddaniu się woli Boga, bez dotychczasowej natarczywości mojego małego ego, które do tamtej pory wiedziało lepiej jak ma być i co mam robić.
 
A teraz  obiecana opowieść o cudach, których doświadczyła moja Rodzina od Istot Świetlistych za pośrednictwem Jana od Boga.
 
Otóż, w grudniu ubiegłego roku moja córka Magdalena zaszła w ciążę.  Na początku stycznia podczas naszego spotkania  wypowiedziała  jak się później okazało prorocze słowa: Mamusiu, ten rok będzie dla nas błogosławiony, jestem w ciąży, Rysio będzie miał rodzeństwo. Ogromnie się ucieszyłam z tej wiadomości i podekscytowana wróciłam do domu.
 
Po upływie tygodnia w następny poniedziałek dostałam telefon od jej męża: Madzia straciła przytomność, nastąpiło zatrzymanie krążenia i ratownicy pogotowia ją reanimują. Nie byliśmy wówczas jeszcze świadomi, tego co się stało, a najgorsze wiadomości były dopiero przed nami. W szpitalu zrobiono jej badanie i postawiono diagnozę: masywna zatorowość płucna z powodu nagłej zakrzepicy w lewej kończynie. Lekarze rozłożyli ręce i powiedzieli wprost, że z medycznego punktu widzenia nie ma szans na przeżycie,  jeśli jesteśmy wierzący, to poproszą księdza, żeby dał jej ostatnie namaszczenie i pozostaje nam czekać na najgorsze.  I przyszedł ksiądz z ostatnim namaszczeniem.
Niedowierzając faktom  zwróciłam się wówczas do lekarzy z błagalną  prośbą, żeby ją ratowali bo ma dopiero  34 lata i jest w ciąży, na co lekarz mi odpowiedział: Ona była w ciąży, ale już nastąpiło krwawienie z dróg rodnych,  już poroniła, proszę zrozumieć, ona nie ma szans na przeżycie, a co dopiero dziecko, musiałby się stać cud.
 
I tak stojąc razem z jej mężem nad jej łóżkiem w szpitalu modliliśmy się o cud - On ją całował i mówił jej jak bardzo ją kocha, że jeszcze tyle pięknych chwil przed nim, że jeszcze tyle mają razem do przeżycia, że Rysio ją kocha i chce do Mamy.
Ja trzymając ją za rękę, kiedy serce pękało mi z rozpaczy, dawałam jej moją energię życia i modliłam się do Boga pierwszy raz w życiu z pełnym poddaniem: Boże proszę uratuj ją, nie zostawiaj jej Synka  sierotą, a jeśli Twoja Wola jest inna to też ją przyjmuję.
Lekarze kazali nam wrócić do domu i czekać na telefon.
 
Wróciliśmy do domu ze szpitala, poruszyliśmy Niebo i Ziemię w modlitwie o uzdrowienie Madzi.  Wierząc głęboko, że cud może sie zdarzyć i  uratować życie mojej córce napisałam list do Jana od Boga, dołączyłam zdjęcie i wysłałam emailem do Brazylii, równocześnie mając książkę autorstwa Miriam Lundgren ze zdjęciem trójkąta z Casa, włożyłam  też w nią moja  intencję o uzdrowienie i zdjęcie  córki z głęboka wiarą, że zadziała i zadziałało.
 
Cuda zaczęły się dziać już następnego dnia.
 
We wtorek  rano, czyli następnego dnia dostaliśmy telefoniczną informacje ze szpitala, że Madzia wybudziła się sama ze śpiączki farmakologicznej, w stan której była celowo wprowadzona i zaczyna reagować na bodźce, jest nadzieja, że będzie żyć jak powiedzieli lekarze, ale może mieć duże uszkodzenie neurologiczne mózgu spowodowane chwilowym zatrzymaniem krążenia przed reanimacją.
Ze łzami w oczach dziękujemy lekarzom, za uratowanie jej życia, a lekarze mówią, żebyśmy dziękowali Bogu, bo to był cud, oni  jej nie dawali szansy na przeżycie. Ja powiedziałam im, że wiem, że to był cud, ale Bóg posłużył się ich rękami, żeby ją uratować, więc im też dziękujemy.
 
W środę Madzia zostaje odpięta od sztucznego płuca i zaczyna oddychać  samodzielnie, w zaskakująco szybkim tempie zaczyna kojarzyć  ten świat, badania wykazują, że nie ma żadnych uszkodzeń mózgu, pozostaje jej tylko dren ssący  założony  chirurgicznie do opłucnej, w której podczas reanimacji powstał ogromny krwiak i nie dał sie usunąć  farmakologicznie. Lekarze decydują, że następnego dnia w czwartek  trzeba będzie wykonać operację chirurgiczną w ogólnym znieczuleniu, żeby go usunąć, ale kolejne badania krwi zaskakują wszystkich ( nas i lekarzy)  i ma miejsce drugi cud - otóż Madzia nie poroniła, jest nadal w ciąży, lekarze stwierdzają, że to nieprawdopodobne, żeby płód w tak wczesnym stanie przeżył bez uszkodzeń taką inwazję leków, badań i środków przeciwbólowych, które jej podawano. Zrobiono specjalistyczne badanie płodu, które potwierdziły, że dziecko nie ma żadnych uszkodzeń i jest w doskonałym zdrowiu.
Wobec powyższego lekarze po konsultacjach decydują sie odłożyć w czasie operację krwiaka z opłucnej, bo skoro ciąża jest uratowana, a życie matki nie jest już zagrożone, to najbezpieczniejszy czas na operację dla matki i dziecka  będzie w dwunastym tygodniu ciąży. Madzia zostaje wypisana ze szpitala do domu 30.01.2017r. ( po miesięcznym pobycie w szpitalu) i pod kontrolą lekarzy oczekuje na wyznaczony termin operacji za półtora miesiąca, tj. 15.03.2017r.
 
Będąc już  przekonaną, że rzeczy niemożliwych nie ma, modlę się w dalszym  ciągu i piszę następną intencję do Jan od Boga wkładając ją wraz ze zdjęciem do książki  "Jan od Boga posłany by uzdrawiać": Boże, dziękuję Ci z całego serca za uratowanie życia  i zdrowia Córce i Dziecku  i jeśli ta operacja jest konieczna, to spraw, żeby nie zaszkodziła Matce, ani Dziecku. I znów modlitwa zostaje wysłuchana - w  dniu wyznaczonym na operację w szpitalu lekarze wykonują ostatnie badanie USG  mające potwierdzić zasadność operacji i następuje kolejny cud, badanie potwierdza, że krwiak nagle zaczął się samiostnie wchłaniać  i zmniejszył sie do takiego rozmiaru, że operacja staje sie zbędna, ponieważ krwiak wykazuje tendencję do całkowitego  samoistnego wchłonięcia.  Lekarz wykonujący badanie stwierdza, że jest to tak nieprawdopodobne, że musi wykonać badanie RTG ( mimo ciąży), żeby potwierdzić  prawdziwość  wyniku badania USG, uznając, że badanie RTG jest mniej szkodliwe, niż  niepotrzebnie wykonana  operacja chirurgiczna. Badanie RTG potwierdza wynik, Madzia zostaje tego samego dnia wypisana ze szpitala i wraca szczęśliwa do domu.
 
Po powrocie ze szpitala do domu Madzia czuje się tak dobrze, że nie wymaga specjalnej troski z mojej strony, więc, podejmuję decyzję, że  jadę do Jana od Boga osobiście podziękować mu za wszystkie łaski i błogosławieństwa, których doświadczyła nasza Rodzina.
Przypomniałam sobie prorocze słowa, które powiedziała moja córka, że ten rok będzie dla nas błogosławiony. Wtedy zupełnie inaczej rozumiałam  te słowa, potem w trakcie nieszczęścia myślałam z wyrzutem: przecież ten rok miał być dla nas błogosławiony, a tu takie nieszczęście nas spotkało, więc jak to jest ?
I dopiero zrozumiałam, że  jeśli się poddajemy Woli Bożej, to nawet   największe nieszczęście staje się dla nas  błogosławieństwem.
 
Ale to jeszcze nie koniec cudnej opowieści.
 
Zaraz po mojej decyzji o wyjeździe do Jana od Boga zatelefonował mój Syn, który przed ośmioma laty opuścił rodzinny dom w poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi i zamieszkał w  Holandii. Przez ten czas utrzymywaliśmy  kontakt telefoniczny. Dwa lata temu wraz z córką, jej mężem i synkiem odwiedziliśmy go w króciutki weekend.
Zatelefonował z pytaniem o zdrowie Madzi, ja mu powiedziałam, że została cudem przywrócona do życia i zdrowia przez Jana od Boga i w dwóch zdaniach powiedziałam mu, kto to jest Jan od Boga i co robi.
Mój Syn po wysłuchaniu  mojej opowieści, nagle powiedział:  jadę z Tobą do Jana od Boga, też mam taka potrzebę. Jak powiedział, tak zrobił.
Umówiliśmy sie na spotkanie u Jana od Boga i spędziliśmy  cudowne dwa tygodnie razem, ale nie tylko razem, spędziliśmy cudowny czas ze wspaniałą grupą  pod przewodnictwem córki Casy - Miriam Lundgren, która naszą pielgrzymkę do Jana od Boga zorganizowała, poprowadziła  i pracowała razem z nami nad odnową duchową całej grupy, a była to grupa wspaniałych ludzi, których Istoty Świetliste w najróżniejszy i niespodziewany sposób zaprosiły na wspólne spotkanie w Domu Świętego Ignacego w Abadianii, aby obdarować nas wieloma błogosławieństwami.
 
I w ten oto cudowny sposób cała nasza rodzina odrodziła się duchowo i wzniosła sie na wyżyny boskich wibracji.  
Pozdrawiam serdecznie, szczęśliwa matka i babcia, ale także człowiek - Janina Ć.
 
Wszystko, co stało się w Twoim życiu, nie było Twoją winą! <3 -
takie słowa usłyszała Kobieta, która wcześniej zasypywała mnie listami niepewności, czy taka niegodna może stanąć przed Janem od Boga ..i zajrzeć mu w oczy ..tak jakby zajrzeć całą swoją nagością w oczy samego Boga! ..
Przez cały czas naszej korespondencji przekonywałam jak mogłam, że zawsze w każdej sytuacji możemy zarobić tylko tak, jak na daną chwilę możemy..a nasza świętość to codzienny trud, by sprostać wyzwaniom życia!...nie zawsze łatwego, nie zawsze łagodnymi krokami odmierzanego...
Zawsze powtarzam, że tylko najlepsi uczniowie dostają w szkole życia najtrudniejsze zadania..i wówczas zdają się być tak beznadziejnie samotni..by się z nimi zmierzyć...Bóg jakby gdzieś stał na uboczu i przyglądając się surowo oceniał...
...Nie popełniamy błędów..i według mnie nie ma też grzechów..życie jest szkołą otwierania serca i w ostateczności tylko z miłości będziemy rozliczani...
I kiedy Kobieta wzniosła trwożnie zapłakane oczy, by spojrzeć w twarz Jana od Boga...zobaczyła wybaczającą, wszechogarniającą miłość i całą sobą usłyszała odpowiedż -
WSZYSTKO, CO STAŁO SIĘ W TWOIM ŹYCIU NIE BYŁO TWOJĄ WINĄ....
Wtulona w moje ramiona wyszeptała potem: Miriam, moje życie już nigdy nie będzie takie same..Ja już nie jestem taka sama jak wczoraj....
Poza słowami są ludzkie przeżycia dotknięte miłością .. Boga i człowieka
Ktoś powiedział - nawet jeśli Twoje serce Cię oskarża, Bóg jest większy od Twojego serca! Kochajcie!..Miriam Lundgren / zarówno osoba jak i jej dane znane mi osobiście
 
 
"W listopadzie ubiegłego roku pojechaliśmy do Abadiania, by modlić się o zdrowe dziecko. Straciliśmy wcześnie dwie wczesne ciąże. Teraz nasz syn ma 3 miesiące i nie możemy być bardziej szczęśliwi i wdzięczni. Po prostu mam ochotę się dzielić ... może to motywuje, by nadążyć i ufać ... jakbym musiał to słyszeć czasami jeszcze lata temu. Życzymy Ci światła, które zabłysną na Twojej drodze w 2018 roku! ??" - zwierzają się szczęśliwi Rodzice trzymający w ramionach swego Syna!
 
 
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Znajdź nas na Facebooku
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem